Bo wieczór jest piękny. I ten, i poprzednie dwa tak samo. Urwałam się z rosyjskiego, żeby sobie na niego popatrzeć, i na światła Warszawy, i na Pałac Kultury, i w ogóle tak popatrzeć (zatrzymałam się na pierwszym stopniu podziemnego przejścia patrząc na ulicę przede mną. Dzisiaj była niezwykła w moich oczach; pewnie dlatego, że przez kilka ostatnich dni wzrok, tak jak umysł, mam dziwnie podwojony).
I to przez te smsy. Te z Miyą. Które skończyły się zwierciadłem, (bo ja lubię patrzeć w zwierciadła) bo oczy są zwierciadłem duszy, a poza tym po prostu są zwierciadłem. A lubię zwierciadła (swój wzrok w nich)
bo choć ich głównym celem jest pokazanie odbicia, zawsze można zobaczyć w nich coś (Coś)
więcej.
To trochę jak nałóg, oglądam się w lustrze (narcyzm) ale nie dlatego, że oglądam siebie, tylko oglądam (odbicia) to, co tam widać, (siebie i więcej/mniej niż siebie) a widać różne rzeczy. Więc oglądam lustra, szyby, wystawy, cudze oczy. (zwłaszcza oczy) Oczy to specyficzne zwierciadła. (są żywe) I chyba dlatego najbardziej je lubię. (lubię patrzeć, a nie samo "lubię")
Lubię obserwować. Czy robię to dobrze jest dyskusyjne, (wszystko jest) ale naprawdę to lubię. Lubię sobie wyobrażać własne oczy (to jest NARCYZM)
takie uważne, jakbym naprawdę była obserwatorem. Obserwator żywych zwierciadeł.
Cóż za śmieszny tytuł.
(Chyba za dużo Kinga czytam)